Skąd mi się wzięła miłość do przędzy?
Tak pokrótce, żeby nie rozwlekać.
W czwartej klasie podstawówki, a mówimy tu o zamierzchlych latach siedemdziesiatych ubiegłego wieku, pani od ZPT (dla współczesnych: akronim od Zajęcia praktyczno-techniczne) kazała nam przynieść szydełko, nitkę i chusteczkę do nosa.
I znów dla współczesnych muszę zrobić wyjasnienie – chusteczki do nosa kiedyś były z cieniutenkiej tkaniny bawełnianej z założonymi i zaszytymi brzegami. Używało się tak jak dzisiejszych papierowych, na codzień nosząc w kieszeni lub w torebce. Z tym, że niesympatyczne się to stawało W momencie prawdziwego, rzetelnego kataru, kiedy to mokra i obsmarkana chusteczka po użyciu lądowała z powrotem w kieszeni.
I taką – czystą – chusteczkę należało przynieść do szkoły w celu obrobienia jej szydełkiem jakas ozdobna koronką.
Miałam wtedy coś z 10, może 11 lat, szydełka przedtem ani razu w ręku nie miałam, a co dopiero tak cienkiego.
Szydełko dała mi moja mama, nr 4 (i znowu nie współczesnej numeracji) z napisem CFI. Kolejny akronim – Centralną Fabryka Igielnic. Tak. Było coś takiego, mimo że wyszukiwarka wujka Google poległa na tym zadaniu z kretesem.
Miało być krótko, a widzę, że się nie da.
Do brzegu zatem.
Efekt mojej dwugodzinnej lekcji obrabiania chusteczki był więcej niż żałosny. Ale czwórkę za to dostałam. Chyba z litości i dla czystego sumienia pani, która doceniła wkład własny pracy, bo inne dziewczynki przyniosły pieknie obrobione chusteczki, prace wykonane przez ciocie, babcie i mamusie.
Nie pamiętam, ale chyba nie zraziłam się do efektu mego dzieła i całkiem rozsądnie spróbowałam innym szydełkiem, już nieco grubszym i z grubszej włóczki, których na szczęście w domu nie brakowało.
No i wpadłam po czubek głowy.
Wkrótce przywiozłam sobie z NRD (kolejny przypis dla nie-boomerów – Niemiecka Republika Demokratyczna, państwo już dzisiaj nieistniejące) grube, plastikowe szydełko do przerabiania dużo grubszych włóczek. No i się zaczęło.
Ubrałam w prześliczne szydełkowe stroje wszystkie moje lalki – a miałam ich z 5 różnej wielkości.
Pasję rozwijała później na podwórku na szczecińskim Niebuszewie. Wraz z innymi dziewczynkami. Wynosiłyśmy każda swój kocyk i koszyczek z aktualną robótka i malutkimi klebuszkami włóczek, użebranymi od mam, cioć i babć.
Zabawa ta trwała aż do 13go, 14go roku życia, a potem zmieniłam adres.
Miłość do włóczek jednakże pozostała. I trwa do dzisiaj, eskalujac.
Nie potrafię ukryć zachwytu każdą kolejną włóczką.
Na fotce wszystkie trzy historyczne już szydełka:
Metalowe nr 4 z CFI, aluminiowe nr 3,5 – oba mojej mamy, no i plastikowe czerwone – kupione w enerdówku.

